Jizerka – Bieszczady – Dolomity – Jizerka

Lipcowa Jizerka

Od ostatniej izerskiej wędrówki Włóczykija minęły dwa miesiące. W pierwszej połowie maja wraz z dwójką znajomych eksplorował on punkty widokowe wokół czeskiej Jizerki. Kolejny weekend poświęcił na urodzinowe ognisko w Gierczynie, gdzie z paczką przyjaciół celebrował swoje święto. Nie minęły dwa tygodnie, a w końcówce miesiąca Włóczykij zaszył się w Parku Gwiezdnego Nieba Bieszczady. Pokonał setki kilometrów, by poznawać kolejne tajniki astrofotografii. Przy okazji usłyszał wilczy śpiew i spełnił jedno ze swoich marzeń. W połowie czerwca zapakował się do auta przyjaciół i wyjechał na tydzień w Dolomity, by miesiąc później wrócić do czeskiej Jizerki. Niegodziwym byłoby jednak opisać wszystkie te przygody w takim skrócie, zatem zapraszam do lektury.

Bieszczady

Podróże kształcą. Nie ma złych wspomnień z podróży, bo każde z nich poszerza nasz horyzont i uczy nowego spojrzenia na świat. Od jakiegoś czasu śledzę profil Karola Wójcickiego „Z głową w gwiazdach”. Co jakiś czas ten najbardziej znany popularyzator wiedzy astronomicznej w Polsce organizuje astro-warsztaty. Jedno z nich pojawiło się w maju. Gdy w nagłówku jednego z postów zobaczyłem: „Bieszczady”, „Droga Mleczna”, „astrofotografia”, od razu w oczach mych pojawiły się kurwiki, jak u Renaty Beger na widok Andrzeja Leppera. Zapisy trwały…kilka sekund. Zainteresowanie godne stacji paliw, po wakacyjnej promocji. Kilka dni później mknąłem już najbardziej haniebną polską autostradą o numerze 4. Celem była Grąziowa, jedna z wymarłych podkarpackich wsi, tuż obok Arłamowa i równie blisko ukraińskiej granicy. Lało tak mocno, że gdyby niebo było dziewczyną, to posądziłbym ją o złamane serce. No to pograne – pomyślałem sobie. Na szczęście pierwsza noc obfitowała w przejaśnienia, a drugi wieczór był bezchmurny. Kilkanaście godzin ciemności, zarwane nocki i warsztatowa wiedza, która szybowała w górę niczym raty kredytów. Gdzieś za naszymi plecami w dolinie odezwały się wilki. Przed nami Droga Mleczna, za nami dziki koncert. Ba – spotkałem nawet stado dziko żyjących żubrów! Te kilka chwil przeniosło człowieka kilka tysięcy lat wstecz. Ciarki. Nieopisane emocje, których w cywilizowanym świecie praktycznie już się nie przeżywa. Dopiero wtedy miałem porównanie z Izerskim Parkiem Ciemnego Nieba. Bieszczadzkie niebo jest ciemne po horyzont. Dookoła dziesiątki, setki kilometrów podkarpackiej dziczy. W Górach Izerskich ciemności nie są już tak idealne. Łuna płynąca znad Czech i okolic Bogatyni utrudnia życie astropasjonatom w podobnym stopniu, jak prawo podatkowe utrudnia życie przedsiębiorcom. Wraz z grupą miłośników nocnego nieba nauczyliśmy się podstaw obsługi montażu-napędu paralaktycznego, który podążając za ruchem gwiazd, umożliwia dłuższe naświetlanie ciał niebieskich. Spójrzcie sami – dzięki temu sprzęt może zebrać jeszcze więcej gwiezdnych detali.

Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady – fot. Paweł Zatoński

Spokojnie, nie zdradzam Gór Izerskich z Bieszczadami. Łąka Izerska z Chatką Górzystów potrafią zaprezentować całkiem zjawiskowe nocne niebo, choćby w sierpniu. Wtedy przy schronisku wyrastają dziesiątki namiotów ze spragnionymi perseidowych wrażeń turystami. Resztę przyjemności zapewnia ogniskowa atmosfera z dźwiękami gitary i śpiewem górzystów.

Dolomity

Po powrocie z Bieszczadów, przeorganizowałem się i przygotowałem do tygodniowej eksploracji Dolomitów. Dzięki rowerowemu wypadowi m.in. mojego serdecznego przyjaciela Adasia Rogali, udało mi się załapać do auta kumpla i razem z resztą znajomych przebić się przez Alpy. Mój pierwszy raz we Włoszech, pierwszy w Dolomitach i pierwszy powyżej 3 000 m n.p.m. Te skalne ściany wyrastające zza już obłędnie wyglądających pagórków i dolin – coś pięknego. Raj dla fotografa. Raj dla rowerzystów i piechurów, którzy w sezonie letnim mogą korzystać z dobrodziejstw tutejszej narciarskiej krainy. Trzeba przyznać, że infrastruktura zimowa naprawdę zdaje egzamin przez cały rok. Są koleje górskie, którymi można usprawnić sobie zaplanowane wędrówki z przewyższeniami, które skutecznie wyciskają ostatnie poty z górzysty. Są pensjonaty, schroniska-restauracje, sklepy, piekarnie, bary winne, restauracje i stare uliczki. Nic, tylko korzystać pełną piersią (i kieszenią). Powiem Wam, że przeżyłem tam kulturowy szok. Otwartość, serdeczność, pozytywna atmosfera. Spędzanie wolnego czasu na świeżym powietrzu. Celebrowanie wieczornych wyjść ze znajomymi i rodziną. To wszystko buduje obraz Dolomitów jako krainy przyjaznej turystom. Krainy, która daje bogactwo pozytywnych wspomnień, i która buduje w człowieku radość ze spędzania czasu w górach.

Piz Boe – 3152 m – pierwszy trzytysięcznik Izerskiego Włóczykija

Jizerka

Po Dolomitach byłem przepełniony górami do tego stopnia, że przez miesiąc nie musiałem po nich chodzić. Nadmiar górskich bodźców wypalił się dopiero w drugi weekend lipca, kiedy w izerskich progach mogłem gościć dwójkę górzystów. Pani B. i towarzysząca jej Pani P.  były pod wrażeniem czeskiej Jizerki, która otworzyła im oczy na nieznaną im do tej pory, niezwykle urokliwą osadę w sercu Gór Izerskich. Jako że Jizerka przed wojną była znana jako Klein Iser, nie pozostało mi nic innego, jak pokazać turystkom drugą stronę gór Izerbejdżanu i zabrać je do dawnej Gross Iser. Górski klasyk z Łąką Izerską w roli głównej i z możliwością ogrzania się w to chłodne lipcowe popołudnie w Chatce Górzystów. Teraz już nie dziwi mnie, że za drzwiami tej starej poniemieckiej szkoły można spotkać turystów z podobnym lub większym bagażem doświadczeń ze szlaków całego świata.

Jizerka widziana z Bukovca (1005 m n.p.m.)