“Wszyscy święci balują w niebie” nad Chatką Górzystów

Kontynuując tropy Budki Suflera w tytułach wpisów, tym razem zabiorę Was w samotną wędrówkę na Halę (Łąkę) Izerską i opowiem o rzeczach magicznych z pogranicza jawy i snu. O ile dojście do Chatki Górzystów jeszcze przed zapadnięciem zmroku jest rzeczą normalną, o tyle powrót w ciemnościach, w pojedynkę to walka wyobraźni z rozsądkiem. Ciekawi nowych przygód Izerskiego Włóczykija? A nocne wyjścia do Chatki zawsze kończą się przygodami – zapewniam i zapraszam…

Oszczędzę Wam opisu dojścia do Chatki Górzystów – poświęciłem temu wystarczająco dużo wpisów. Choć muszę się przyznać, że w góry wyszedłem dość późno, a końcowy odcinek z Polany Izerskiej do Chatki to stopniowe schodzenie w dół wąską asfaltową drogą, nad którą górują setki świerków, zasłaniając ostatnie resztki nadziei w postaci światła i generalnie jasności dnia codziennego. Tempo miałem zatem dość żwawe (a przyspieszył je dość głośny trzask i odgłosy chodzącego zwierzaka po drodze gdzieś w uschłym drzewku przy drodze) i na szczęście udało mi się dojść na Łąkę (Halę) Izerską tuż przed zapadnięciem zmroku.

Łąka – Hala Izerska po zapadnięciu zmroku. Bezkres gwiazd i przestrzeni pełnej torfowisk i pojedynczych karłowatych drzew

Zmierzałem w stronę schroniska, świecąc kilkukrotnie latarką w stronę Chatki – chyba podświadomie chciałem dać znać, że idzie samotny turysta, jakby nagle spod ziemi wyrósł tajemniczy stwór i mnie porwał. Przy tym legendarnym budynku już z oddali widać było ognisko, które nigdy nie gaśnie, kilka namiotów i parę pojedynczych jasnych punktów na łące. Ludzie, istoty żywe po 2 godzinach wędrówki po odludziu. Nadzieja, radość, spokój. A przecież w góry idzie się, by od ludzi odpocząć – paradoks?

Dochodząc do Chatki, powitałem turystów i już miałem wchodzić do schroniska, gdy na schodach zatrzymała mnie dojrzała wiekiem pani, pytając, czy mam rezerwację, czy szukam noclegu. Okazała się jedną z pracownic Chatki Górzystów. A że uwielbiam takie relacje i opowieści prosto od źródła, reportaż pełną gębą, to przysiadłem się do niej i tak przegadaliśmy godzinkę. Usłyszałem zachwyty nad zbliżającym się rykowiskiem i licznymi stadami łań i jeleni. Usłyszałem historię o rysiu olbrzymie, który 5 lat temu wyszedł zimową porą z lasu, gdy jeden z gospodarzy wybrał się z psem na spacer brzegiem lasu i ów pies nagle zawinął ogon, a z lasu po chwili wyszedł dziki kot. Usłyszałem też relację o wilku na fotopułapce w okolicy – z poranka lub dnia poprzedniego. Dowiedziałem się także o ciemnej stronie tłumów w górach, które panią towarzyszkę nocnych zwierzeń bardzo uwierają i najzwyczajniej męczą. Pamiętajmy, że słynne naleśniki z Chatki Górzystów to fantastyczna sprawa, ale z drugiej strony są pracownicy, którzy muszą je kilkanaście godzin dziennie smażyć – również w upale. Relacjonowała, że dzisiaj kolejka sięgała boiska do siatkówki – jeden za drugim stał, byleby tylko mieć naleśnika, jak jakieś trofeum. Widać było, że ta praca to rzecz dla pasjonatów gór, bo psychicznie taki przerób ciężko jest wytrzymać na dłuższą metę. Dowiedziałem się także, że w Chatce pracują ludzie z różnych stron Polski, nawet dość odległych.

Puste wnętrze Chatki – rzadka rzecz

W międzyczasie kilka młodych wiekiem dziewczyn, podchmielonych już nieco, targowało z panią pracownicą kwestię rumu. Podbiegały co kilka chwil. Czasem też mijali nas na tych schodach ludzie wychodzący i wchodzący do schroniska, jakby nie mogli się zdecydować, czy czekają na izerskie ciemności, czy idą spać. W czasie gdy towarzyszka rozmowy poszła z dziewczynami coś im przygotować w kuchni, przysłuchałem się pogawędce dwóch panów siedzących dwa metry od schodów na zmęczonej czasem drewnianej ławie. Dysputy o książkach Olgi Tokarczuk, o podróżach po Azji, czy nocnym niebie w Jordanii przenosiły ten moment w inny wymiar. To właśnie cała Chatka Górzystów – tu możesz spotkać każdego i przeżyć każdą opowieść. Tu delektujesz się każdą sekundą życia i karmisz się słowem wypowiedzianym pod Drogą Mleczną.

Świeczki zamiast lamp i te stare wycinki z gazet i pocztówki

Pod koniec rozmowy na schodach z towarzyszką nocnych pogawędek zahaczyliśmy o tematy z pogranicza jawy i snu – Droga Mleczna była coraz lepiej widoczna, a ciemność wchodziła w decydującą fazę. Wiecie – czasem dzieją się rzeczy, których nie rozumiemy, a które przez to utożsamiamy z danym zjawiskiem, wydarzeniem. Tak było, gdy zacząłem opowiadać jej o moim przyjacielu Czarku, z którym wielokrotnie chodziliśmy do Chatki, a który zginął w lipcu we Wrocławiu. Spojrzałem na chwilę nad schronisko, szukając odpowiedzi na pytanie – dlaczego. W tym samym momencie jedna z gwiazd błysnęła i po chwili przestała być widoczna. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem. Nasza rozmowa zaczynała utożsamiać kwestię wiary i tego, kto steruje wszechświatem, z gwiazdami, z tą ciemną otchłanią, której końca nie widać. Opowiedziałem towarzyszce rozmowy o mojej babci, która zmarła w maju tego roku (nomen omen o jej śmierci dowiedziałem się idąc do Chatki) – bo od czasu jej odejścia, na moje zdjęcia dziwnym trafem zaczęła reagować nieznana mi osoba…o imieniu i nazwisku tożsamym z moją świętej pamięci babcią Janiną. Pracownica Chatki, ćmiąca papierosa i wpatrująca się w gwiazdy, popatrzyła na mnie ze zdumieniem i pytaniem w oczach. Odpowiedzi zostały przemilczane. Tego wieczora i podejrzewam, że każdego innego, niebo nad Chatką stawia przed człowiekiem setki pytań i jeszcze więcej pozostawia bez odpowiedzi. To samo rozgwieżdżone niebo wydaje się być czymś na kształt religii, wspólnej wszystkim ludziom dobrej woli, którzy przychodzą do Chatki z różnych stron świata.

Izerski Włóczykij wpatrujący się w setki rozgwieżdżonych pytań 🙂

Przyjemną i wciągającą pogawędkę czas było kończyć i zająć się zdjęciami. Obszedłem dookoła Chatkę i oddałem się pasji.

Stos drewna i skuter śnieżny – zimą to miejsce bywa odcięte od świata

Na koniec wszedłem na chwilę do Chatki, gdzie zaczynał się kolejny z conocnych wieczorków muzycznych z gitarą. Miejsca było sporo, ludzi kilkoro. Można było się osuszyć z wilgoci i ogrzać po chłodzie, które zaczęły rozlewać się po Łące Izerskiej. Słowa piosenek gitarzysty traktowały o kruchości dnia powszedniego i o ulotności rzeczy materialnych. Powiem Wam, że mi do szczęścia więcej nie potrzeba – wszak to Izerski Park Ciemnego Nieba. Pod Chatką i w Chatce to szczęście jest wszechobecne. Musiałem jednak wkrótce ruszać w drogę powrotną – dwie godziny w ciemnościach, w pojedynkę, przez izerski busz. Po wejściu w las i opuszczeniu Łąki Izerskiej, wyobraźnia rozpoczęła swój koncert, który starałem się zwalczać puszczanymi z telefonu piosenkami. Moimi sprzymierzeńcami był Perfect, Myslovitz, czy Dżem…a nawet Wilki 🙂 Cisza kompletna – jeden trzask w lesie i adrenalina pojawia się równie niespodziewanie jak para świecących oczu między drzewami. Dobranoc!