Po wycieczce z nim powstał Izerski Włóczykij – wspomnienie Czarka…

7.07.2020 – te siódemki były tylko pozornie szczęśliwe. Chwila po południu. Dzień w pracy, jak każdy, w lwóweckim starostwie powiatowym. Widzę znajomą, panią M. Wychodzi z budynku. Po chwili odwraca się, nachyla w moją stronę i cichym, pełnym żalu głosem pyta, czy wiem już, że mój kolega zmarł. Skonsternowany pytam o szczegóły. No znałeś chyba Czarka, to Twój kolega, prawda? Dziś odszedł.

Jesień 2017 – pierwsza wspólna studencka wycieczka w Izerskie. Autor bloga i Czarek w czerwonym polarze.

“Długość dźwięku samotności” – po naszej pierwszej wycieczce Czarek ustawił sobie to foto na zdjęcie w tle na facebook’u. Już go nie zmieni, a izerska droga będzie mu towarzyszyć do końca.

Nogi zmiękły mi momentalnie, a oczy zalała fala goryczy. Głos stanął w gardle z szoku. Czarek Grzelczak, mój serdeczny przyjaciel i rówieśnik z Gryfowa, już nie spyta, kiedy idziemy w góry, jak mi idzie z dziewczynami (a potem opowie o swoich randkach), nie opowie też gryfowskich plotek.

Jeszcze w sobotę po północy Czarek napisał mi, że spędzi ten dzień w pracy, że ma na dziewiątą do roboty. Rano jechał rowerem do pracy. Prawdopodobnie chciał przejechać przez pasy i w tym momencie potrącił go samochód. Na zdjęciu powypadkowym widać “pajęczynę” na przedniej szybie nad kierowcą – musiał z całym impetem przelecieć nad maską i uderzyć o szybę. Ponoć w ciężkim stanie trafił do szpitala. W poniedziałek rano przegrał walkę z obrażeniami. Pisałem do niego w weekend, dziwiłem się, że nie odpisuje, ale pomyślałem, że w pracy, może zajęty. Ale w niedzielę też nawet nie wyświetlał wiadomości. Coś mi już nie grało. I ta przygnębiająca wiadomość w poniedziałek.

To właśnie wycieczka z Czarkiem w październiku 2017 roku do Chatki Górzystów i na Stóg Izerski była pierwszą, na której fundamentach zbudowałem bloga. W późniejszym czasie wielokrotnie odwiedzaliśmy razem Chatkę – również w tym roku. Czarek zawsze motywował mnie do pracy twórczej, czy to w muzyce, w zdjęciach, czy w pisaniu. Być może, gdyby nie tamta wycieczka, nie powstałby Izerski Włóczykij.

Wspólna komunia, spotkania na szkolnym korytarzu w podstawówce były tylko preludium. W gimnazjum zakumplowaliśmy się na dobre. Jedna ławka przez trzy lata – praktycznie na każdych zajęciach. Setki wspólnych przerw i wesołych zabaw w ich trakcie. Tysiące wspomnień. Potem nasze drogi się rozeszły – Czarek poszedł do liceum w Lubaniu, a ja do Jeleniej Góry, ale kontakt trzymaliśmy cały czas. Urodziny, święta, wakacje, zawsze była okazja do życzeń i ciepłych słów z obu stron. Kto dzisiaj wysyła sobie kartki z byle okazji? Dziarsko szliśmy w zaparte z tradycją. Od lat razem śpiewaliśmy kolędy na Pasterce w Gryfowie, a po mszy obgadywaliśmy ostatnie miesiące na studiach i nasze przygody. W ostatnim czasie ze starą paką z gimnazjum i lat wcześniejszych, czyli z Krystianem i Adasiem, zaczęliśmy znów razem chodzić w góry. Zwłaszcza wyposzczeni tym koronawirusowym badziewiem. Kontakty pięknie rozkwitły na nowo. Byliśmy dogadani na moje przekładane urodzinowe ognisko, jeszcze z maja…

Czarek był świetnym przyjacielem i jeszcze lepszym człowiekiem. Nie pieprzył się w tańcu, ale zawsze był dobrze wychowany. Wiedział, kiedy być poważnym, ale kiedy tylko mógł – cisnął z problemami dnia codziennego. Ile przygód razem wyśmialiśmy, Bóg jeden wie. Czarek był jedną z osób, którym mógłbym powierzyć swój aparat i grube pieniądze, bez obaw, że coś się z nimi stanie. Był jedną z osób, które jako pierwsze zaprosiłbym na swój ślub, a wysyłanie wakacyjnych kartek zawsze zaczynaliśmy od siebie.

W ogóle pisać o kimś w swoim wieku, że BYŁ, jest przykre i ciężkie. Rozpoczęty 26 rok życia, dokończenie studiów, start w branży po politechnice, zaraz jakaś partnerka na dłużej, bo Czarek od zawsze był miłośnikiem kobiecych wdzięków. I tyle wspólnych górskich wycieczek w przyszłości! Jeszcze wczoraj Czarek był. A dziś już go nie ma.

To nie pierwsze odejście bliskiej osoby w tym roku. Z każdym takim momentem człowiek uświadamia sobie, że tak naprawdę jest tu tylko na chwilę, że jest marnym pyłem, który może być zdmuchnięty w sekundę. Życie, zdrowie i obecność drugiego człowieka są najważniejsze. Reszta to tylko otoczka.

Jerzy Pilch zwykł mawiać, że życie składa się ze złudzenia wieczności i przerażającej utraty tego złudzenia.

Czaro, znaliśmy się kopę lat, a drugie tyle mogliśmy wyciskać, jak cytrynę. Od teraz, podziwiając izerskie nocne niebo nad Chatką Górzystów, zawsze będę Cię wypatrywał. A Ty pomachasz z nieboskłonu, uśmiechniesz się i przywitasz się ze mną na miśka, jak za dawnych lat.