Kufel, Mała M. i koniki polskie

Izerbejdżan, jak zwykliśmy mawiać na te cudowne i różnorodne przestrzenie, zawiera w swoich granicach wiele miejsc wartych uwagi fotografa. Są jednak takie lokalizacje, w których mam szczególne upodobanie (to samo mówią o sobie okoliczni mieszkańcy). Jedną z nich jest gierczyński Kufel. Najpierw jednak zgaszę iskrę w oku piwosza. Kufel to wzgórze, które ma w sobie wszystko: od genialnej panoramy Pogórza Izerskiego przez górskie łąki po alejki drzew, wytyczane dawnymi górniczymi ścieżkami. Właśnie w takich okolicznościach przyrody pomykałem z aparatem w ostatnich dniach. Wyszły z tego dwie rustykalne sesje zdjęciowe – jedna poświęcona mieszkającej tu Ani, jej córce Marzenie i wnuczce Matyldzie, a druga związana z konikami polskimi Asi i Grzesia z Agroturystyki Stadnina Izery w Stankowicach. Zdjęciom towarzyszyło tyle wydarzeń, że najlepiej, jeśli przeczytacie wszystko sami – zapraszam.

Freedom!

…ale od początku. Najpierw w okolicach Dnia Matki zgodnie przyznaliśmy z Anią z bloga https://www.rozmowki-kobiece.pl , że trzeba skorzystać z pobytu jej córki Marzeny i wnuczki Matyldy w jej Domku pod Orzechem, u stóp Kufla. Postanowiliśmy wykorzystać całość w sposób zgodny z wizją wspomnianej rodziny i piszącego te słowa. Najpierw jednak Ania musiała przepiąć swoje kozy ciut dalej, żeby te nie wskoczyły na mój samochodzik godny Jasia Fasoli. Wraz z Darkiem (mężem Ani) poczekaliśmy przed domkiem autorki kobiecego bloga, aż panie przyszykują się do zdjęć. Przyszykują, ale po swojemu. To nie jest miejsce i czas dla sesji z bóg wie jakim outfitem, makijażem i innymi takimi pierdołami. W Izerbejdżanie nie ma miejsca na sztuczność. Darek powoli brał się za rozpalanie ogniska, które miało nas wieczorem ogrzać i dać strawę, jako zwieńczenie artystycznego dnia. Pogadaliśmy w międzyczasie o wilkach i innych zwierzakach wędrujących po górach za domem Ani i Darka. Po chwili cała trójca kobiet była już gotowa do zdjęć i w trosce o radość dziecka ruszyliśmy prosto na Kufel w promieniach majowego słońca.

Pierwszy kadr, a w tle zbocza doliny z Gierczynem

Najpierw ujęcie przepastną dal z Gierczynem w dole. Długie łagodne zbocza wzgórz poprzecinane ścieżkami i alejami drzew, pełne polnych i łąkowych ziół, z których dziewczyny uplotły cudne wianki.

To prześwitujące światło…Marzena i Matylda w alejce drzew

Każde moje zdjęcie wywołuje we mnie inne uczucia, wrażenia, emocje. To powyżej skojarzyło mi się z matką i dzieckiem, które uciekają przed szeroko pojętym złem. Wyraz twarzy mamy zdaje się przypominać wypatrywanie za nadzieją, za lepszym jutrem dla siebie i dziecka. Ostra wiązka światła muskająca tylko połowę twarzy dziecka pokazuje prostotę dziecięcych emocji, które na początku sprowadzają się do radości i smutku. Twarz dziecka wydaje się niespokojna, zmęczona, pełna niepewności. Całości dopełnia chusta, jakby na szybko zabrana ze stołu, czy sofy i to drobne serduszko na ramieniu mamy.

Uwielbiam tę łąkę, przypomina mi kadry z filmu Gladiator
Mały przewodnik i sztafeta pokoleń
Mała Matylda – 16 miesięcy, a aparat traktowała jak starego dobrego znajomego

Dobra zabawa towarzyszyła nam do końca tego dnia, którego zwieńczeniem było ognisko przyszykowane pod Domkiem pod Orzechem, nad którym powolutku dochodziły szaszłyki, a my mieliśmy dobrych kilka chwil na rozmowy i plotki o Izerbejdżanie. Historie o duchach tutejszych mgieł ścierały się z relacjami z poszukiwań wilków izerskich. Robiło się coraz chłodniej, ale ognisko i opowieści puszczane w eter z jego dymem skutecznie trzymały temperaturę.

 

Na izerskim stepie górskim

Po kilku dniach, w sobotę 30 maja przyszedł czas na kolejną foto-przygodę. Od ho ho, a może jeszcze dawniej, byłem na łączach z Asią Chyłek, która prowadzi na fb stronę Agroturystyki Stadnina Izery w Stankowiach. Wraz z mężem Grześkiem organizują oni rajdy konne po Pogórzu Izerskim. Są to nie byle jakie konie, bo koniki polskie, w których od razu zacząłem upatrywać szans na świetne zdjęcia na izerskich pagórkach. Miałem w głowie wizję filmów o dzikich koniach Ameryki Północnej połączoną ze scenami choćby z Ogniem i Mieczem. Wreszcie była ku temu okazja, choć Stadninę Izery kojarzyłem już od kilku dobrych tygodni z facebooka i instagrama. Chyba już tak mam, że często poznaje coraz to nowe ciekawe osoby rodem z Izerbejdżanu, a potem kwestią  czasu jest poznanie się na żywo.

Około 14.30 dostałem wiadomość od Asi, że ekipa zbliża się już do Gierczyna i niebawem zacznie wspinaczkę na Kufel. Lotem błyskawicy porzuciłem koszenie, wziąłem plecak pod rękę i ruszyłem autem do wspomnianej wsi, obawiając się, czy w ogóle zdążę, bo wiadomość troszkę mnie zaskoczyła – mieli dojechać ciut później. Dojeżdżam po kilkunastu minutach do Gierczyna i skręcam ostro pod górę, na ukos w prawo i nagle jakieś 50 metrów przede mną w krzakach zniknęło coś jasnobrązowego – ogromnego! Chwilę później przeszły mnie ciary – to byli oni! Pędzili żwawo pod górę na swoich pięknych konikach polskich, a ja równolegle do nich jechałem obok autem. I wcale nie byli wolniejsi. To jeden z widoków, który sprawia, że uśmiech na twarzy pojawia się zupełnie mimowolnie, a serce rośnie. Ekipę czekały jeszcze linie drzew, więc udało mi się zdążyć. Zostawiłem auto na górskim parkingu i ruszyłem do Ani z Domku pod Orzechem – tak, to to samo miejsce, gdzie byłem kilka dni wcześniej na rodzinnej sesji zdjęciowej. W tym samym czasie pojawiła się terenówka Asi i Grzesia, których wreszcie mogłem poznać twarzą w twarz. Chwilę później staliśmy przed domem Ani i cieszyliśmy się zwykłą rozmową, jakbyśmy znali się wiele lat. A tutaj ludzie są po prostu tacy otwarci i weseli. Nie mogliśmy jednak dłużej rozprawiać o koniach, bo te zbliżały się z minuty na minutę. Weszliśmy nad domek Ani, na zbocza Kufla i w oddali słychać już było pokrzykiwania konnej ekipy. Ustawiłem się z aparatem, gdy za liniami drzew śmignęły kolorowe kurtki, a Asia przyszykowała się do nagrywania. W końcu zobaczyliśmy czubki kapeluszy drużyny. Reszta działa się bardzo szybko.

Z łąkowej gęstwy wyłoniła się drużyna na konikach polskich

Marzena (przodownik) jako pierwsza błyskawicznie podjęła decyzję o szaleńczym poderwaniu koni pod górę, tuż przed popasem. Ziemia zadrżała, a reszta zespołu dołączyła do ucieczki.

Atak na Kufel
Zdrówko! Izerbejdżan to miejsce dla ludzi pozytywnie zakręconych (mówiąc delikatnie) 🙂

Po chwili ekipa zsiadała już z koni i prowadziła je na popas…na tyły domku blogerki – zielarki Ani. Wtedy skończyła się zabawa, a zaczęły dożynki – tzn. integracja na łące pełnej ziół. Ania, gdy zobaczyła drużynę, od razu pobiegła po kawę i herbatę. Panie i Panowie zeszli z koni, których grzbiety parowały, jak Izerskie po obfitych wiosennych deszczach. Każdy usiadł, gdzie chciał i raczył się drugim śniadaniem. Natomiast Ania zaczęła częstować zebranych napojami, a po chwili wdała się w opowieści i rozmowy na temat jej Domku pod Orzechem…i jego duchów, co grupa przyjęła z  wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. A ja po drodze miałem okazję zamienić kilka słów z Grześkiem i Asią. Było tak przyjemnie, że nikomu nie chciało się ruszać tyłka i wracać do Stankowic. Posiedzieliśmy więc chwilę dłużej i w dole, na drodze zobaczyliśmy czerwony bus Krzyśka Korzenia z lokalnego biura podróży Discover Silesia, a prywatnie sąsiada Ani. Krzysiek zostawił auto na poboczu, podszedł przywitać się z nami, a Asia, Grześ i ja zapowiedzieliśmy się jeszcze tego samego popołudnia na kawie u niego. Najpierw jednak ruszyliśmy z konną brygadą na Kufel – pora na zdjęcia!

Para w drodze na Kufel
Ustawiają się w rzędzie przed szarżą na Kuflu
Ziemia zadrżała, wiatr przeszył Kufel
Gospodarze i ekipa z gierczyńską doliną w tle – za te przestrzenie uwielbiam Kufel
Kocham to miejsce za tę niczym nieograniczoną wolność. Od razu mam przed oczami migawki z filmu Braveheart i Gladiator
Asia i Grzesiek przy centralnym granicznym słupie Izerbejdżanu

Po zdjęciach podjechaliśmy z Asią i Grzesiem do Domu na górce, gdzie wraz z rodziną urzędował wspomniany Krzysiek z Discover Silesia. Ugościł nas ciastem i kawą, a po chwili zanurzyliśmy się w izerskich opowieściach trzech rodzin, czego zwieńczeniem było ognisko z najlepszym widokiem na Pogórze Izerskie. Raj na ziemi.

Myślałem, że to będzie tylko zwykły dzień i reportaż z konnego eventu, a wyszło spotkanie z ekipą fascynujących ludzi, począwszy od Asi i Grzesia po cały zespół jeździecki. Była tam zawsze wesoła Agata, ciekawy świata Tomek, przewodniczka Marzena i polsko-gruzińska para, czyli Justyna i Rezo, który organizuje podobne imprezy w Gruzji. Warto poznawać nowych ludzi! Na zakończenie podzielę się z Wami zabawną sytuacją z udziałem kolegi Gruzina, który wzdrygnął się, gdy usłyszał słowo Izerbejdżan, przejeżdżając obok wspomnianego obelisku. Skonstatował po naszych uśmiechach, że to musi być równie egzotyczna i różnorodna kraina. Tak jest w istocie 🙂

Tutaj znajdziecie stadninę Asi i Grzesia: https://www.facebook.com/Agroturystyka-Stadnina-Izery-1635338080081965/