#1 “Nie lubię, gdy zapala mi się zielone światło na pasach”

Drodzy Czytelnicy, sytuacja jaka jest – każdy widzi. Pandemia koronawirusa dotyka w zasadzie każdego, na różny sposób. Jedni mają dość siedzenia w czterech ścianach bez możliwości wyjścia choćby do parku, drudzy nie mogą pogodzić się z zakazem wejścia do lasu, a inni liczą straty z dnia na dzień. Część męczy się w miastach, a pozostali na prowincji cieszą się kilkoma procentami swobody więcej. W moich wpisach często mogliście zobaczyć, że Pogórze Izerskie jest dla wielu wymarzonym miejscem do życia. Czy jednak obraz tej krainy w najbliższym czasie ulegnie zmianie? Jak ludzie radzą sobie z kryzysem i kwarantanną? Odpowiedzi na te i na inne pytania udzielą lokalni przedsiębiorcy, rzemieślnicy i artyści. Ludzie wolni i otwarci na nowe znajomości, którzy z różnych względów postanowili zająć się tu czymś ciekawym. Na początku zapukałem (przez telefoniczne drzwi) do Wolimierza, gdzie jedną z agroturystyk o sielskiej nazwie „Przydębie” https://www.facebook.com/Dom-Gościnny-PRZYDĘBIE-193585074017275/ prowadzi Jagna Jankowska. Kobieta o artystycznej duszy oraz o charakterze pełnym rustykalnej wolimierskiej ekspresji, u której zew natury wygrał z wielkomiejskim życiem.

Przydębie w mroźnej szacie – fot. Przydębie

Jagna, wiem, że prowadzisz agroturystykę Przydębie, która położona jest w wiosce pełnej tego typu przedsięwzięć, w wiosce słynącej z ludzi wolnych o artystycznym usposobieniu, w wiosce, która jest namacalnym dowodem na izerską egzotykę. Czym zajmujesz się na co dzień i jak mogłabyś to wpleść w realia Wolimierza?

Pogórze Izerskie. Wolimierz. Specyficzna wieś, specyficzni ludzie, specyficzne gospodarstwo. Gospodarstwo otwarte na ludzi z polotem, ludzi otwartych, ciekawych świata. Około 50% moich gości stanowią projekty, grupy artystyczne, zajmujące się takimi aktywnościami, jak np. joga. Przydębie to także plenery artystyczne, czy fotografia. Nieśmiałe początki Przydębia mogę datować na około 2002 rok – wszystko działo się wtedy na mocnym spontanie. Najpierw działało to trochę jak squat, trochę jak agroturystyka. Dużo imprez z udziałem zwłaszcza młodych osób. Coś bliższe typowo agroturystyce zaczęłam prowadzić w 2007 roku, głównie dzięki dotacji z ARiMR – nie ukrywam, iż taki impuls finansowy był dla mnie sporym ułatwieniem. Natomiast sam budynek został kupiony w 1997 roku przez moich rodziców. Z uwagi na rozrastającą się firmę potrzebowali nowych przestrzeni i tym sposobem stali się szczęśliwymi właścicielami…budynku w ruinie. Bez stropów, z zawalonym dachem…i w sumie bez okien. Swoją działalność moi rodzice przenieśli do (w miarę szybko wyremontowanych) budynków gospodarczych, a sam budynek główny stał i czekał na pomysł co do swojej przyszłości, czekał na dobry moment. Z uwagi na fakt, iż jesteśmy dość liczną rodziną, a do tego bardzo zżytą i opieramy nasze wartości na wspólnych spotkaniach, wyszła idea, by ten dom był miejscem rodzinnych, bliskich relacji. Pomysł ten przetrwał tylko do 2001 roku, kiedy stwierdziłam, że rzucę studia historii sztuki we Wrocławiu i wrócę do siebie, na wieś. I wówczas zaczął się remont. Dość długi, ale też nie było wtedy parcia na cokolwiek większego, na już. Nawet pomysł agroturystyki jeszcze nie kiełkował w mojej głowie. Generalnie na początku XXI wieku kwestia takiej działalności dopiero raczkowała w tej okolicy. Pogórze Izerskie jeszcze nie było tak popularne turystycznie, jak dzisiaj. Rok po moim powrocie w rodzinne strony, gdy już zajęliśmy się tym budynkiem głównym, okazało się, że ludzie widzą coś w tym miejscu, że chcą tu przyjeżdżać. Z drugiej strony – przecież dom trzeba było z czegoś utrzymać.

Warsztaty na świeżym powietrzu – fot. Przydębie

Wiele osób z daleka przyjeżdża do „Izerbejdżanu”, bo widzą w tym regionie „to coś”. Skoro jednak już powiedziałaś, że jesteś rodowitą wolimierzanką, to zatem co było motorem napędowym do zorganizowania czegoś więcej u siebie, na wsi?

Wolimierz to moja rodzinna miejscowość. Chcesz, czy nie – sentyment do takich miejsc pozostaje niezależnie od tego, jak daleko los rzuci Cię w świat. Można powiedzieć, że jestem „zwierzęciem wiejskim”. Miasto było fajne, ale na okres szkoły średniej, czy studiów. Ten gen wiejskości musiał gdzieś głęboko we mnie pozostać, bo odkąd pamiętam zawsze miałam wewnętrzną potrzebę życia blisko natury i w zgodzie z nią. Nie lubię, gdy maluje mi się pasy na jezdni i zapala zielone światełko, kiedy mogę w końcu przejść na drugą stronę. Mam silne poczucie wolności i niezależności, a wieś właśnie na takie wartości pozwala. Nie miałam wtedy przed sobą jakichś wielkich planów. Parałam się różnymi zajęciami, od pomocy przy scenografiach filmowych do wyjazdów z teatrem. Czasem się coś uszyło – generalnie było to szeroko pojęte rękodzieło, jak to w Wolimierzu. I w tym wszystkim był budynek przyszłego Przydębia, gdzie przyjeżdżali znajomi, przyjaciele. Widać było, że to miejsce ma potencjał do takich zjazdów. Szybka poczta pantoflowa zrobiła swoje, co widać także dzisiaj, bo myślę, że 60-70% moich gości dowiaduje się o Przydębiu właśnie w ten sposób, a nie jak to bywa zwykle – ze strony internetowej, czy serwisów z rezerwacjami noclegów.

W obecnej sytuacji chyba nawet poczta pantoflowa za wiele nie pomoże, skoro już dziś w zasadzie większość szeroko pojętych usług turystycznych zawiesza swoją działalność. Czy epidemia również Wam dała się we znaki i  jeśli tak, to w jakiej formie?

To prawda – nie inaczej jest i u nas. Mniej więcej od połowy marca dom pozostaje zamknięty. W zasadzie od momentu, gdy w eter poszła wiadomość:„zostańcie w domach”. Rezerwacje mamy odwołane do połowy maja. Muszę też nadmienić, że działamy trochę nietypowo, bo generalnie ograniczamy się do weekendów, w które najczęściej większe grupy wynajmują Przydębie – na przykład na warsztaty artystyczne. Wiadomo, że w czasie wakacji, czy ferii interes rządzi się swoimi prawami, bo wtedy ludzie przyjeżdżają na okrągło. Z reguły dosłownie kilka weekendów w roku mam bez rezerwacji, a tak cały czas coś się dzieje. Część osób z marca przerzuciła się na końcówkę maja, ale generalnie rzecz biorąc – do połowy maja mamy pusto. Myślę, że jakieś 70% gości rozumie sytuację i przekłada swoje plany u nas na późniejsze terminy. Wiadomo – ludzie mają nadzieję, że wkrótce sytuacja się uspokoi, ale i ja się cieszę, bo zamiast definitywnie rezygnować, te osoby jednak wspierają nas takim zachowaniem. Mam też wielu stałych gości, z którymi też relacje są inne, bo bardziej sobie ufamy. Teraz jedna rodzina miała spędzić u nas święta, ale że jest jak jest, to raczej słabo to widzimy – ale bardzo chętnie przyjadą latem. W ich przypadku nie ma czegoś takiego, że albo teraz rezerwacja, albo zwrot pieniędzy. Poczekają.

Twój przypadek nie wydaje się być aż tak tragiczny, jak u niektórych gospodarzy, co nie zmienia faktu, że już odczuwasz skutki kryzysu. Powiedz jednak, jak podchodzisz do pomocy finansowej państwa, powszechnie znanej jako Tarcza Antykryzysowa? To wyjście naprzeciw Twoim oczekiwaniom, czy jednak projekt odrealniony od codzienności polskiego przedsiębiorcy?

Zacznijmy od tego, że nie jestem typowym przedsiębiorcą, tylko rolnikiem. Dokładniej – prowadzę dodatkową działalność pozarolniczą. Przy mojej działalności zasady są troszkę inne, niż przy typowej działalności gospodarczej, inaczej wyglądają relacje ze skarbówką, więc też trochę mniej precyzyjne będzie wykazywanie dochodów, czy strat, a co ponoć miało być brane pod uwagę w pomocy finansowej od rządu. Nie spodziewam się cudów ze strony państwa. Brak mi też trochę jasnego przekazu, co z osobami takimi, jak ja. Jeszcze nie ma takiej tragedii, że musiałabym błagać o pomoc z dnia na dzień, natomiast co będzie za kilka tygodni? Jakby tego było mało, to moje dzieci mają więcej niż 8 lat, więc odpada kwestia zasiłków opiekuńczych. Zamiast tego pół dnia robię za nauczyciela, jak wielu innych rodziców i pomagam dzieciom z nauką. 

Jeden strumień pieniędzy to ten państwowy – drugi zależny jest od klientów. Jakie Twoim zdaniem będą tendencje wśród Twoich gości w przyszłości bliższej lub dalszej? Mówiłaś, że masz wielu stałych gości – jest więc czego się obawiać?

Myślę, że zdecydowanie jest się czego obawiać. Jakby nie było – 3 miesiące posuchy robią swoje, tym bardziej, że agroturystyka stanowi główne źródło utrzymania mnie i mojej rodziny. Przed nami generalnie dość ciężki rok. Nie sprzyjają temu ciągłe zmiany prawa. Dzisiaj jest tak, jutro jest inaczej. To naprawdę uciążliwe i na dłuższą metę tak się nie da funkcjonować. Cała gospodarka, czy nasza branża turystyczna to system naczyń połączonych. Jeśli ktoś straci pracę, nie będzie go potem stać na wczasy, więc jego kiepska sytuacja zawodowo-finansowa odbije się na nas. Dodatkowo – obracam się raczej w środowisku artystów, ludzi wolnych zawodów, którzy generalnie mają dość różnorodne życie zawodowe, a teraz wydaje mi się, że są spychani nieco na boczny tor w zakresie pomocy. Ich wrażliwość finansowa będzie uwidaczniała się na moim przykładzie. Chociaż z drugiej strony do tej pory wiele osób stać było na wczasy za granicą, często w całkiem przyjemnych egzotycznych kurortach. Myślę, że ten model na jakiś czas może się nieco zmienić i tutaj upatruję szans naszych agroturystyk, które mają bardzo ciekawą ofertę, a gdzie nie trzeba dodatkowo płacić za przelot samolotem, czy inne ekstra udogodnienia.

Magiczne wnętrza – fot. Przydębie

Powszechna kwarantanna teoretycznie wiąże się z większym zasobem wolnego czasu – czy tak jest i u Was? Jak wygląda obecnie Wasz dzień powszedni?

Czy ja wiem? Nie mam jakoś specjalnie więcej wolnego czasu. Od rana do godzin obiadowych spędzam czas z dziećmi i wspieram je przy nauce. Natomiast po południu kierujemy się w stronę ogródka i zabezpieczamy się pod kątem żywności – tej naturalnej. Nawet teraz,  gdy rozmawiamy, kręcę się wokół szklarni i dbam o wiosenny początek sezonu ogródkowego. Marchewka, pietruszka, rzodkiew, pomidory, ziemniaki, sałata. Porządki, sadzenie, itd. – aby było co włożyć do garnka. Tak zwany „slow-life”.

Sielanka z widokiem na góry – fot. Przydębie

Każdy ma jakieś zdanie o obecnej pandemii, o tym jak świat może wyglądać jutro, co się zmieni, co będzie inne. Jak to będzie Twoim zdaniem?

Po pierwsze nie cierpię siania paniki na temat wirusa w mediach. Po co to nakręcanie się, robienie ludziom stresu na zapas? I tak jest mnóstwo chorób, na które umieramy. Zaniedbaliśmy się okropnie i potem to wszystko wychodzi przy okazji na przykład koronawirusa, gdzie mówiąc krótko i na temat – najsłabsze jednostki nie radzą sobie. Myślę, że potrzebna jest zmiana mentalna społeczeństwa. Większa świadomość – tego, co jemy, jak dbamy o swoje zdrowie. Pandemia może być taką nauczką na przyszłość. Mam nadzieję, że będziemy po tym wszystkim nadal wolnymi ludźmi. Oczywiście będzie o to łatwiej ludziom, którzy mają do tego warunki. Mieszkamy na wsi, mamy o tyle łatwiej – jest przestrzeń, jest wolność. Chcesz, to idziesz do ogródka. Chcesz, to siedzisz pod drzewem. Współczuję ludziom uwięzionym w blokach – oni są jak w klatce. Cztery ściany wypełnione medialną papką. Oni zdecydowanie ciężej zniosą tę powszechną izolację. Teraz widzisz, dlaczego wybrałam życie na wsi. Chodzę sobie po ogródku w koszulce z krótkim rękawkiem, dzieciaki grają w piłkę, mąż pomaga mi przy nowym sezonie w ogródku. Sielanka…

Zdjęcia dzięki uprzejmości Jagny.

Zachęcam Was do poznania tego miejsca – na żywo, a nie tylko wirtualnie 🙂